Gwardia Wrocław

Oficjalny serwis internetowy

shopping-bag 0
Produktów : 0
Kwota : 0.00
Koszyk Zamów/Zapłać

Kart(k)a nam nie leżała

Godzina do zapomnienia i zryw, który ostudzili sędziowie. Tak można w jednym zdaniu streścić wyprawę siatkarzy Gwardii na teren lidera 1. Ligi. Lechia Tomaszów Mazowiecki wygrała za trzy punkty, choć wrocławianie kilka razy odgryźli się faworytowi, jak na drużynę z czołówki przystało. To było jednak za mało, żeby myśleć o zdobyczy punktowej wywiezionej z obiektu niepokonanego rywala.

Do Tomaszowa Mazowieckiego wrocławski zespół przyjechał bez Michała Superlaka. Drugi pod względem najlepiej punktujących w drużynie trenera Piotra Lebiody przeżył tydzień pod znakiem narodzin syna Filipa oraz… anginy. Z drugiego z wymienionych powodów atakujący nie brał udziału w treningach Gwardii, a dodatkowo utrudniło to również odwiedziny wybranki i swojego potomka w szpitalu. W przypadku wyjazdu do Tomaszowa Mazowieckiego istotniejsze było jednak to, że „Supi” musiał pauzować na boisku.

Pomysłem sztabu szkoleniowego na brak Superlaka było przekwalifikowanie z przyjęcia na atak Łukasza Lubaczewskiego. Plan wypalił w sobotę tylko w przypadku pierwszych kilku piłek. Im dalej w mecz, więcej dobrego można było powiedzieć o Mateuszu Śnieżku, drugim z atakujących – obok Superlaka – w kadrze Gwardii. „Śniegu” skończył mecz na przyzwoitym plusie, w ataku na 15 prób grając na poziomie 53 % skuteczności.

Samo spotkanie dla siatkarzy Gwardii miało dwa oblicza. Pierwsze, brutalne, kiedy właściwie tylko czekaliśmy na to, co zrobi rywal. Dobitnie pokazał to zwłaszcza set numer 2, gdzie gospodarze przewieźli się po drużynie z Wrocławia, wygrywając do 11. Pomimo swoich problemów, dokładając do tego hokejowe zmiany trenera Lebiody, ruszyło w końcówce – wydawało się – meczu. Trzeci set i wyrównana walka zwiastowała, że można powstrzymać Wiktora Musiała i spółkę. Gospodarze odskoczyli na finiszu, ale nawet przegrywając 19:24, Gwardia nie poddała się. Na zagrywce pojawił się Błażej Szymeczko i przyjezdni ruszyli na dobre. Odrobienie strat i zwycięstwo do 29 warto zapisać po stronie partii tradycyjnych dla tego sezonu. Albo powyżej 30 punktów, albo wcale.

Fot. Anna Musierowicz

Fot. Anna Musierowicz

 

Kibice z Tomaszowa Mazowieckiego z pozycji stojącej wrócili do siedzącej, na swoje miejsce wróciła również statuetka MVP, czekająca na wręczenie po wygranej w trzech partiach. Czwarty set, to tu miało się rozstrzygnąć, czy Gwardię stać na tie-break. Niestety, skończyło się na wybuchu wcześniej napiętej struny na linii goście-arbiter. Zapadło kilka decyzji, na które trudno znaleźć coś więcej, niż poprawność polityczną, Analizując spokojnie, wymowne jest, że kapitan Gwardii Maciej Naliwajko zagrzał się po raz pierwszy w sezonie. A to z natury spokojny człowiek. Pozostaje mieć nadzieję, że po raz ostatni, a nawet jeśli nie, inne okazje – będą z dużo przyjemniejszych powodów.

Dwie czerwone kartki, odpowiednio dla trenera Piotra Lebiody i Błażeja Szymeczko, były mocny argumentem „przeciw” doprowadzeniu do ewentualnego tie-breaka. Choć szaleństwem byłoby twierdzenie, że Gwardia z tego powodu przegrała mecz. Uznając klasę gospodarzy, obie strony powinny życzyć sobie, żeby nerwowo było pod siatką tylko… ze względu na własne, sportowe ambicje.

Po pierwsze, gratulacje dla zespołu lidera z Tomaszowa Mazowieckiego. Niepotrzebnie sędziowie włączyli się do tego, co działo się na boisku. Nagle sędzia na stołku widzi akcje przy antence, od strony, której nie jest sposób dostrzec. Dodatkowo kartka za to, że zawodnik przedłuża grę, idąc na zagrywkę. Ja rozumiem, gdyby był gwizdek i siatkarz coś tam zaczyna kombinować. A tu bez gwizdka, po prostu wymienił piłkę, która była mokra. Po niemal co drugiej akcji, kiedy tylko zawodnik się przewrócił na parkiet, wbiegały dzieci od wycierania boiska, bo było bardzo gorąco. Dało się to odczuć, sala wypełniona do brzegi, niezłe spotkanie, a tu niestety, niepotrzebne włączenie się sędziego do tego, co mogło się podobać. Dwie kartki niemal pod rząd, które wybiły nas z rytmu. Kto wie, co by było, gdybyśmy nie stracili tych punktów – mówił trener Gwardii Piotr Lebioda.

Lechia to bardzo mocny zespół. Choć przyznaję, już nie mogę doczekać się rewanżowego starcia we Wrocławiu. Tam będzie okazja do zmierzenia się w pełnym, taką mam nadzieję, zestawieniu. Co do meczu w Tomaszowie, jestem mimo wszystko, zadowolony. Mocno falowaliśmy, ale potrafimy wychodzić z dołków. Kiepsko nam się trenowało, wyszło jakieś przemęczenie, pogoda, kilka infekcji. Dodatkowo zabrakło Michała Superlaka. A mimo tego, zagraliśmy momentami całkiem nieźle. Wierzę, że 1-2 dni wystarczą na złapanie świeżości i powrót na dobre tory – ocenił trener Gwardzistów.

Wrocławianie po porażce w Tomaszowie Mazowieckim spadli na 5 miejsce w tabeli. W najbliższą sobotę wrocławski zespół zmierzy się na własnym terenie z STS Olimpią Sulęcin. A Lechia dalej swoje, z kompletem zwycięstw, pewnie, na czele ligowej stawki.

KS LECHIA TOMASZÓW MAZOWIECKI – KS GWARDIA WROCŁAW 3:1 (19, 11, -29, 20)
Lechia: Musiał (23), Neroj (4), Rusin (17), Gutkowski (10), Toma (10), Janus (3), Bonisławski (libero) oraz Pigłowski, Sobolewski, Miniak.
Gwardia: Szymeczko (4), Lubaczewski (4), Naliwajko (14), Nowosielski (1), Maruszczyk (11), Olczyk (6), Dzikowicz (libero) oraz Obrempalski, Sternik (3), Fijałka, Kaźmierczak, Lebioda (libero), Śnieżek (8).

MVP spotkania: Kamil Gutkowski.

GALERIA ZDJĘĆ Z MECZU