Gwardia Wrocław

Oficjalny serwis internetowy

shopping-bag 0
Produktów : 0
Kwota : 0.00
Koszyk Zamów/Zapłać

HALA SPORTOWA

Ważnym elementem historii Gwardii Wrocław jest obiekt przy dzisiejszej ulicy Krupniczej (dawnej Nowotki). Hala zaadoptowana na sportową powstała w latach 1864-67. Łatwo obliczyć, że obiektowi w 2017 roku wybije równo 150 lat. Obecnie powstające obiekty o charakterze sportowym mają – z oczywistych względów – zupełnie inną specyfikę, czemu w gruncie rzeczy nie można się dziwić. Biorąc pod uwagę pierwotne przeznaczenie gmachu przy Nowotki trudno wyrzucać architektom, że nie mieli pomysłu na wybudowanie hali sportowej w stylu angielskiego gotyku Tudorów. Twórcą obiektu jest radca budowlany Karl Lüdecke – uwieczniony zresztą w rzeźbie. Do dziś, tuż nad wejściem do hali, dostrzec można wyżej wspomnianego dżentelmena. Pewnie jakieś 150 lat temu sam Lüdecke, nawet w najśmielszych snach nie spodziewał się, że w obiekcie przez niego zaprojektowanym będą rozgrywane mecze siatkówki. Podejrzewam, że nie sądził nawet, że jakiekolwiek zawody sportowe będą w ogóle miały tam własnie miejsce!

Aż do 1945 roku wyżej wymienionym obiektem zarządzała Izba Przemysłowo-Handlowa. Gmach nazywany Nową Giełdą gościł na swoim parkiecie nie tylko osoby związane z giełdą właśnie, lecz również melomanów (m.in. koncert Ignacego Jana Paderewskiego z 1891 roku). Dodatkowo w obiekcie przy Nowotki/Krupniczej miały miejsce także wykłady, mieściła się również renomowana restauracja Börsenkeller, a już bardziej współcześnie – aż do 2016 roku przez 14 lat działalności swoją siedzibę miał klub muzyczny „Od Zmierzchu do Świtu”. Pomysłów na zagospodarowanie obiektu było zatem sporo, jednak od wielu lat to właśnie ze sportem budynek dawnej giełdy jest najbardziej kojarzony.

13582298_10206929522658843_1921404013_o

Legendarny obiekt we Wrocławiu dobrze znają nie tylko ludzie sportu, związani ze stolicą Dolnego Śląska. Przykładem jest chociażby Andrzej Niemczyk, legendarny szkoleniowiec i dwukrotny zdobywca złotych medali ME siatkarek z reprezentacją Polski (2003, 2005). Czasy rywalizacji z Gwardią i sam obiekt wspominał on tak: Ja jako zawodnik nawet grałem z Gwardią męską, jeszcze w tej tzw. studni, czyli hali o której mówimy (śmiech). To była jedyna hala, na której na rozgrzewce nie mogliśmy uderzyć tak piłki, żeby odbiła się od pakietu w sufit. Trzeba było kopać do góry (śmiech). Grało się tam wspaniałe mecze. Ja grałem jeszcze z takimi ludźmi, jak Suchanek, Kiełpiński, Pałaszewski, stary Jarosz… Bo to już trzeci Jarosz się przewija, czyli grałem przeciwko dziadkowi Kuby. Powiedzmy sobie szczerze, że ten klub – jeżeli chodzi o męską siatkówkę – zapisał się złotymi zgłoskami w Polsce

Swoje wspomnienia związane z halą przy Krupniczej ma także trener Pałaszewski. Jak sam wspomina, obiekt ten był sporym atutem sportowym, z którym wiele problemów mieli rywale Gwardii. Siatkarze z Wrocławia dobrze znali tę halę, natomiast dla większości przyjezdnych zespołów granie w takim właśnie miejscu było czymś absolutnie nowym. Takie poczucie przeniosło się zresztą od początku funkcjonowania sportu w tym budynku, do czasów już bardziej współczesnych. Myśmy mieli handicap tej hali, bo tu przeciwnik przyjeżdżał i grało mu się bardzo źle. Wysoka, dodatkowo wówczas jeszcze ciemna, to były nasze atuty. Ale nie było problemu dla nas z samą funkcjonalnością obiektu. Dwie siatki w poprzek się zakładało, miałem 12 zawodników, trzech na trzech i trenowaliśmy odpowiednio. Na ogół wówczas były taki właśnie obiekty. Tylko Hutnik Kraków miał większą salę, nie było aż takiej różnicy. Teraz gra się na salach po 13 tysięcy pojemności – przyznaje Pałaszewski. Do tego trzeba dołożyć wysokość, która również nie jest bez znaczenia przy grze w siatkówkę. Argument „wysokiego sufitu” był solidną kartą przetargową wśród potencjalnych siatkarzy, którzy mieli trafić do Wrocławia. 

Trener Gwardii zauważa, że przed laty zapanowała pewna niepisana reguła dotycząca klubów sportowych. Jaka? Jest taka generalna zasada: Jest drużyna, nie ma sali. Nie ma drużyny, jest sala. Podejrzewam, że to samo może być z Impelem Wrocław. Wydali duże pieniądze, żeby zespół faktycznie grał. Ale jeżeli nie będzie własnej sali… Wrocław był zawsze pokrzywdzony, bo mówili: „Macie Halę Ludową!”. Ale co tam można zrobić? Chyba targi przemysłowe. Jak myśmy tam kilka razy grali, to te drzwi wahadłowe, które kiedyś tam były – dawały taki efekt, że wiatr po prostu zapier… Piłka jak poleciała, to trzeba było jej szukać, bo gdzieś za kotarą wylądowała. Takie to były czasy – mówi „Pałasz”. 

Hala Ludowa to nie było idealne miejsce dla siatkarzy Gwardii. Jedynie od czasu do czasu gwardziści mogli zawitać do największego obiektu, niekoniecznie sportowego, ale mogącego spełniać arenę widowisk sportowych. Pozostawało zatem granie u siebie, na Krupniczej, gdzie wrocławianie czuli się dobrze. Choć zainteresowanie ze strony kibiców bywało kilka razy większe, niż faktycznie może pomieścić obiekt. Oficjalnie w hali przy Krupniczej może znaleźć się 300 kibiców. W obiekcie można zasiąść po obu stronach, wzdłuż parkietu (wysuwane trybuny), istnieje także możliwość stania między… filarami, stojącymi wszerz boiska. Dodatkowo można także usiąść na ławkach znajdujących się na balkonie obiektu, choć w głównej mierze przeznaczone są obecnie dla tzw. VIP-ów oraz przedstawicieli mediów.

Ireneusz Kłos wspomina, że kibice gromadzili się w na tyle zorganizowany sposób, że można podejrzewać, że frekwencja na meczach „mistrzowskiej” Gwardii grubo przekraczała liczbę 300. „Dzidek” mówi nawet o zwartej grupie 800 kibiców! – Powiem szczerze, że w czasach mojego grania do hali na Krupniczej przychodziły tłumy. Teraz przychodzi dużo kibiców, ale w porównaniu z tym co było wtedy, to niewiele. Żeby zająć sobie dogodne miejsce, to ludzie na nasze mecze przychodzili dwie godziny wcześniej. Kiedyś fani tłoczyli się za filarami i robili wąziutką ścieżkę dla zawodników, aby mogli zagrać piłkę. Tutaj przychodziło około ośmiuset ludzi. Pamiętam, że graliśmy taki mecz z AZS Olsztyn i ludzie przyszli trzy godziny wcześniej. A żeby się nie nudzili, to mieli ze sobą turystyczny stolik i na nim grali w karty (śmiech) – wspomina rozgrywający Gwardii oraz reprezentacji Polski. Ścisk na tym małym – jak na ówczesne potrzeby – obiekcie był niesamowity. „Sytuacja w hali Gwardii wyglądała tak: Ci, którzy przed dwie godziny stoją, są stłoczeni i przygniatani ze wszystkich stron do tego stopnia, że nie mogą wykonać choćby najmniejszego ruchu. Siedzący też nie znajdują się w dogodniejszej sytuacji. Ściśnięci do ostatnich granic i przygniatani kolanami osób siedzących z tyłu przechodzą prawdziwe tortury. Gdy do tego dodamy jeszcze brak porządku, zasłanianie innym przez osoby stojące w przejściach i ich ciągłe wędrówki oraz zaduch, jaki panuje w sali i dym z papierosów, to naprawdę trzeba być zatwardziałym kibicem boksu, aby wytrzymać całe spotkanie w podobnych warunkach.”.

Gwardia nie była jedyną wrocławską drużyną, która musiała sobie radzić ze zbyt słabą infrastrukturą. Problemy z pojemnością swoich malutkich salek mieli także szczypiorniści oraz koszykarze Śląska, który też osiągali przecież znaczące wyniki w rozgrywkach MP, dodatkowo reprezentując kraj na arenie międzynarodowej. Tylko od czasu do czasu powoływano do życia na potrzeby sportowe Halę Ludową. Choć akurat z nią też było kilka nietypowych problemów. „Poza chłodem na sportowców czyhały w Hali (Ludowej dop. eMPe) różne groźne niespodzianki. Np. w 1984 r. siatkarze Gwardii nie rozegrali meczu ligowego, bo „szalejąca wichura spowodowała, że z górnych okien hali posypało się na parkiet szkło.”.

Siatkówka cieszyła się w latach 80. naprawdę dużym zainteresowaniem kibiców. Bilety na mecze Gwardii rozchodziły się błyskawicznie, swoje mogli zarobić także ludzie pełniący funkcje tzw. „koników”. Sprzedając pod halą bezcenne wejściówki w którym czasie zdobywali sporą gotówkę od spragnionych sportowych wrażeń kibiców. O sporym zainteresowaniu wspomina także Maciej Jarosz. „Kibice we Wrocławiu kochali siatkówkę, chociaż nie mieli łatwego życia – opowiada Maciej Jarosz. – Bilet zdobywali po prawdziwej walce. Wejście na Nowotki było cudem. Ludzie siedzieli tuż przy liniach bocznych. Musieli się rozsuwać, żeby zrobić miejsce na serwis. Ale wtedy nie było zagrywki z wyskoku, więc wystarczyło niewiele miejsca. Kiedy broniliśmy piłki lecące poza bosko, to rzucaliśmy się w trybuny, a kibice nastawiali ręce i nas łapali. Dosłownie wyciągaliśmy te piłki z trybun […] drużyny przyjezdne miały obawy, czy ich te ręce też będą trzymać. Ta sala właściwie nie nadawała się do gry na poziomie pierwszoligowym. A przecież graliśmy tam nawet mecze w Pucharze Europy. Za to kibice byli świetni. Na Nowotki panowała taka sama atmosfera, jaka panuje dzisiaj podczas spotkań reprezentacji Polski. Wtedy nie było co prawda żadnych wodzirejów, jak teraz, ale ludzie bawili się, krzyczeli, mocno nas dopingowali i zdarzało się, że cała sala skandowała Gwardia, Gwardia, Gwardia.”. Spikerzy zatem nie byli potrzebni do tego, żeby atmosfera przy Krupniczej była gorąca, a doping głośny.

Lata 80. mogły się okazać przełomowe dla Gwardii pod względem obiektu. „Nowa Giełda” stawała się coraz bardziej stara, potrzeba było pomysłu na nowe miejsce, gdzie swoje mecze mogliby rozgrywać siatkarze mundurowego klubu. Zresztą, nie tylko siatkarze, ogólna sytuacja w regionie pod względem infrastruktury wymagała szybkich i – co najważniejsze – ruchów. „W 1986 r. brakowało np. w województwie wrocławskim 48 stadionów i boisk z bieżniami, 20 hal sportowych, 10 krytych pływalni i 46 sal gimnastycznych. Niekorzystny był również stan materialny sportu szkolnego. Sal gimnastycznych nie posiadały np. aż 102 szkoły, a 158 wykorzystywało jedynie sale zastępcze. Bardzo źle prezentowała się też baza sportu akademickiego, szczególnie na Uniwersytecie, w Akademii Rolniczej i w Akademii Wychowania Fizycznego.”.

We Wrocławiu pojawiło się kilka pomysłów na rozwiązanie problemu z coraz mniej funkcjonalnymi obiektami sportowymi. Przy ul. Wróblewskiego miała postać hala dla koszykówki i piłki ręcznej, właściwie tuż przy stadionie Ślęzy Wrocław. Gwardia miała za to pomysł na wybudowanie obiektu przy dawnym pl. Gomułki, dzisiaj pl. Andersa. Dokładniej, na samym Wzgórzu Andersa! Ostatecznie oba pomysły upadły. – To prawda. Były bardzo zaawansowane rozmowy, mało tego, powstał projekt! Był prawie identyczny, jak hali w Bełchatowie do piłki nożnej. Mający jakieś 100 metrów kwadratowych obiekt. Nie gra już tam siatkówka, bo mają nową, ale kiedyś grali i boisko mieściło się w poprzek tej hali! Identyczny obiekt był zatwierdzony dla Gwardii na wzgórzu – wówczas to się nazywało Gomułki – dzisiaj Andersa. Do niedawna jeszcze w sali prezesa ten piękny projekt był. Nie wiem jednak jak to się stało, że on nie został zrealizowany. Działo się to jeszcze przed moim przyjściem do klubu. Podejrzewam, że wszystko rozbiło się o środki. Choć była jeszcze wtedy taka sytuacja, że można było ten obiekt wybudować. I pozostaje tylko żałować, że się nie udało – potwierdza historię o niedoszłej hali Gwardii na Wzgórzu Andersa, Stefan Fiedorow.

Taki obiekt mógłby być rozwiązaniem logistycznych problemów we Wrocławiu, z którymi co jakiś czas borykają się kluby sportowe. Teraz można tylko gdybać, co by było. Trener Pałaszewski przyznaje, że żałuje bardziej tego, że przed laty w tak niewielki stopniu decydowano się na zagospodarowanie na potrzeby siatkówki Hali Ludowej. – Gdyby w tych czasach naszej świetności była Hala Ludowa w takim kształcie, jak teraz – w sensie zabezpieczenia – to ta siatkówka z Wrocławia by nie wyszła. Jak na mecze przyjeżdżała Legia, to zza filara głowa przy głowie patrzyła na mecz. Marian Kmita, szef sportu w Polsacie kiedyś mówi do mnie: Panie Władysławie ja chodziłem na siatkówkę za czasów mistrzowskiej Gwardii, ale widziałem tylko 1/5, zza filara na hali. I tak faktycznie to wyglądało, pojemność naszej hali była mocno ograniczona. W Hali Ludowej okna były powybijane, zimą był ziąb, jak piorun. Niestety, nie było warunków ku temu żeby przystosować to wyjątkowe miejsce do grania – rozkłada ręce „Pałasz”, wspominając lata tak udane dla Gwardii lata 80.

Co do obiektu przy Krupniczej, w XXI wieku przeszedł on kilka znaczących „liftingów” (jesienią 2017 roku zainstalowano nowe trybuny w hali sportowej GWR). Na gruntowny remont czy renowację nie ma co liczyć do momentu, w którym nie zmieni się właściciel, zarządzający historycznym budynkiem. Gwardia dba o swoją legendarną wizytówkę na tyle, na ile może. A dokładniej, na ile pozwala klubowa kasa, która – jak łatwo się domyślić – nie jest workiem bez dna. – Dysponując skromnymi środkami finansowymi, musieliśmy co najmniej połowę swoich środków przeznaczać i na opłaty czynszowe, i na opłaty za media, ale i na remonty obiektu. Tu się odbyło tyle remontów, że jak się dzisiaj nad tym zastanawiam, to jest mi to naprawdę trudno zliczyć – zauważa Fiedorow, rozpoczynając wyliczankę: – Cała sala gier sportowych była całkowicie odremontowana. Tam była ślepa podłoga na specjalnych legarach, później był parkiet. Ten parkiet był bardzo zdrowy, prawdziwie sportowa podłoga. Wymieniliśmy całą tę podłogę. Od belek legarowych do parkietu. Sala była malowana, wymienione były okna. Wcześniej były żelazne, brzydkie, wiało potwornie. Wymieniliśmy na aluminium. Był taki świetlik u góry. Pamiętam na jakimś meczu ligowym zawodnik na rozgrzewce kopnął piłkę i ta piłka poleciała w ten świetlik i wybiła szyby. Szczęście w nieszczęściu, że zawodnicy się szybko rozpierzchli… To szkło runęło, wbiło się w parkiet na parę centymetrów! Cudem nikomu się nic nie stało. Wymieniliśmy ten cały świetlik, został on całkowicie wyburzony i całość zrobiona inaczej, bezpiecznie – przypomina nieco mrożącą krew w żyłach historię sprzed kilku lat.

Obiekt przy Krupniczej to nie tylko miejsce treningów i meczów siatkarzy oraz grup młodzieżowych – zarówno męskich, jak i żeńskich (wyłączając pojedynki ligowe Impela Wrocław, który gra na Hali Orbita przy ul. Wejherowskiej). Funkcjonują tam także pokoje mieszkalne, gdzie można spotkać chociażby niektórych gwardzistów występujących w II lidze. Lokalizacja praktycznie tuż przy wrocławskim Rynku (aktualnie na przeciwko hali Gwardii znajduje się otwarte pod koniec 2015 roku Narodowe Forum Muzyki) działa na wyobraźnię i bywa też wabikiem przy podpisywaniu kontraktu z młodym siatkarzem. Choć nie ukrywajmy, warunki mieszkaniowe dalekie są od najwyższych standardów. Ważne jednak, że zarządcy bardziej niż renowacją zewnętrznej elewacji, próbują podnieść bytowe standardy mieszkańców.

Niestety, dodatkowym problemem przy tego typu ingerencji remontowej jest bogata, a co za tym idzie, długa historia obiektu przy Krupniczej. – Najczęściej potrzebowaliśmy zgody konserwatora zabytków. Tutaj był największy problem, oprócz tego finansowego. Ta hala jest obiektem zabytkowym i jakikolwiek remont musiał się odbywać za zgodą konserwatora zabytków. Każdorazowo trzeba było występować o zgodę, i tu kolejny paradoks. Nie dość, że konserwator zabytków nam finansowo nie pomagał, nie dorzucił złotówki do naszych remontów, to jeszcze myśmy musieli opłacać to, że on wydał zgodę. A do tego specjalistyczne, bardzo drogie firmy. Na obiektach tak zabytkowych inne firmy pracować nie mogą – rozkłada ręce Fiedorow. Przykłady? Dwa, wyjątkowo skrajne. – Wymieniliśmy bardzo dużo okien. W sekcji bokserskiej, oczywiście, za przyzwoleniem konserwatora. Można było wstawić tylko okna drewniane, z zachowaniem podziałów i kształtów, dokładnie takich samych, jak przed wojną. Przez to jedno okno kosztowało kilkadziesiąt tysięcy złotych – przytacza pierwszy Fiedorow. Drugi to przykład wieloletniego zaniedbania, które mogło się skończyć tragedią. Na szczęście w odpowiednim momencie zareagowano. – Łazienki, tu gdzie teraz siedzimy, czyli na pierwszym piętrze, wszędzie były wymieniane belki stropowe. Okazało się, że one były spróchniałe. W wielu pomieszczeniach były krany przeciekające przez wiele lat. Ta wilgoć przechodziła do belek, całość popuchła, zaczęło nam wysadzać parkiet. Najpierw wykonaliśmy ekspertyzy, czy można te belki wymienić, czy nie rozejdą się mury. Konserwator je zlecił, płaciliśmy ogromne pieniądze Politechnice za te ekspertyzy. Oni zezwolili, potem zgoda od konserwatora i wymiana całości – analizuje były dyrektor klubu.

Z roku na rok coraz częściej mówi się o możliwej sprzedaży obiektu przy Krupniczej. Aż trudno sobie wyobrazić, co stałoby się z wszystkimi grupami młodzieżowymi, które obecnie mają okazję korzystać z legendarnej hali. – Dzisiaj Komendant Wojewódzki chce się bardzo pozbyć tego obiektu przy Krupniczej. Na szczęście to nie jest jego obiekt i trzeba to konsultować z Wojewodą – zauważa Fiedorow. Trudno nie odnieść wrażenia, że jeśli obiekt faktycznie zostanie sprzedany, może to być równoznaczne z końcem funkcjonowania Gwardii Wrocław. Choć to zdecydowanie najczarniejszy scenariusz. Istnieją także pomysły na to, żeby ewentualne pieniądze ze sprzedaży odpowiednio zainwestować w inny obiekt, typowo sportowy.

W 2016 roku mamy we Wrocławiu do dyspozycji dwie hale, które służą sportowi, ale nie są do niego docelowo przeznaczone. Mowa o Hali Stulecia (Ludowej) i Orbicie, gdzie siatkówkę reprezentują siatkarki Impela. Co ciekawe, grali też tam gwardziści w czasach występów w Polskiej Lidze Siatkówki. Aktualnie ciężko sobie wyobrazić, żeby męska siatkówka w wydaniu gwardyjskim mogła powrócić do Orbity. A problem z brakiem sportowego obiektu we Wrocławiu nadal istnieje i wydaje się być coraz poważniejszy. Hala Stulecia jest ciągle wyjątkowej urody, ale trudno jej konkurować z obiektami, które na przestrzeni kilku ostatnich lat powstały w: Krakowie (Tauron Arena otwarta w 2014, pojemność ok. 15 000), Gdańsku/Sopocie (Ergo Arena, 2010, ok. 11 000), czy Łodzi (Atlas Arena, 2009, ok. 10 000). W Hali Stulecia maksymalnie może zmieścić się 8 000 kibiców, co na Wrocław wynikiem jest i tak dużo ponad stan (w Orbicie maksymalnie 3 tysiące), ale już w porównaniu z innymi miastami, niekoniecznie.

Tekst podchodzi z książki „Mundur siatkarza” o historii męskiej sekcji siatkówki Gwardii Wrocław. Autorem pozycji o naszej historii jest Maciej Piasecki.