Gwardia Wrocław

Oficjalny serwis internetowy

shopping-bag 0
Produktów : 0
Kwota : 0.00
Koszyk Zamów/Zapłać

2 na 1 - rozmowa z trenerami Piotrem Lebiodą i Leszkiem Mazurem

Thriller – gwardyjska specjalność

Na zamknięcie sezonu 2016/17, jeszcze przed okresem świątecznym, spotkaliśmy się z tymi, którzy swoją głową odpowiedzialni byli i są – za rezultaty ekipy GWR w II lidze. Swoimi przemyśleniami, zarówno tymi o wymiarze sportowym, jak i typowo codziennym – nie do końca widocznym w punktach czy tabeli – podzielili się szkoleniowcy Gwardii. Pierwszy Piotr Lebioda i drugi Leszek Mazur wyjaśnili także specjalność gwardyjskiego zakładu.

A67A9892

Co panowie robili w 2009 roku?
PIOTR LEBIODA: Ja chyba nie pamiętam.
LESZEK MAZUR: Byłem świeżo po liceum i poszedłem na studia.

Pytam dlatego, że wtedy ostatni raz Gwardia była w I lidze.
P.L.: To przynajmniej przypomniałeś, jaki to był okres. Szybko można sobie teraz przypomnieć, co wtedy się działo w życiu. Ja zajmowałem się młodzieżą w klubie. W zespole seniorskim były nazwiska, które powinny walczyć o powrót do PlusLigi. Niestety, ułożyło się wszystko odwrotnie. Porażka za porażką, zespół zaliczył zjazd w dół tabeli i jak się to skończyło, wszyscy wiedzą.

Zanim zaczniemy podsumowanie, duet trenerski chyba zgodzi się ze mną, że priorytetem jest wydostanie się z drugoligowej rzeczywistości.
P.L.: Oczywiście, ale…

…podejrzewam, że to nie jest łatwe.
P.L.: Właśnie. Na dzień dzisiejszy, właściwie od kilkudziesięciu lat, w sporcie rządzą pieniądze. My możemy mieć zawodników, którzy będą chcieli grać z nami. Jeżeli nie zapewnimy im jednak jakiegoś minimum finansowego, niestety, nikt do nas nie przyjdzie. Na dzisiaj jesteśmy klubem, który szkoli i pomaga rozwijać się siatkarzom. Studentom, juniorom gwardyjskim, najzdolniejszym w danym momencie. Nie jesteśmy w takiej sytuacji, w której możemy sobie powiedzieć: To jest ten sezon, kiedy walczymy o wejście do I ligi. Niestety. Do takich deklaracji – czy decyzji o wykupieniu miejsca na zapleczu PlusLigi – potrzebne są pieniądze. Nie wykluczam sytuacji, w której w zespole spotkają się zawodnicy, którzy w danym sezonie, może najbliższym, stworzą taki team, który przełoży ciężką pracę na treningach w awans do I ligi. A to na pewno pomoże w pozyskaniu sponsora czy sponsorów.

Jakiego rzędu to są kwoty?
P.L.:  Około 800 tysięcy złotych na sezon.

Żeby spokojnie przetrwać w I lidze?
P.L.: Żeby przetrwać i spokojnie się utrzymać. Nie sztuką jest awansować do I ligi i spać po sezonie. Tego nikt by nie chciał. Takimi decyzjami nie robi się dobrej otoczki wokół klubu.
L.M.: Ja mogę tu nawiązać, że nawet jeżeli zbudowalibyśmy skład w II lidze, który rzeczywiście byłby mocny i miałby szansę awansować i ten awans byśmy wywalczyli, to później potrzebny jest taki sponsor, który wyłoży dużą kwotę. Musielibyśmy mieć wówczas pewność, że mamy finanse na spokojne „przeżycie” w I lidze. Tak jak trener tutaj wspomniał, wejść na zaplecze PlusLigi dla samego faktu – jest zupełnie bezsensu.

A67A9610

Sponsor?
P.L.: Wydaje mi się, że nawet w tej chwili, gdyby pojawił się takowy, który zapewni nam ten byt – możemy wykupić miejsce w I lidze. O ile taka szansa by się pojawiła. To nie jest żadna niesportowa gra, tak się w tej chwili robi. Takie są realia. Jest potrzeba męskiej siatkówki we Wrocławiu. Żeńska jest w najwyższej klasie rozgrywkowej. Jeżeli taki sponsor by się pojawił, wykorzystalibyśmy to i taki skład udałoby się zbudować. Grać w II lidze, wygrać grupę, turniej półfinałowy, być w finałach i przegrać jeden mecz „na krzyż” – w taki sposób można odpaść z walki o I ligę. Taka droga to spory wydatek finansowy. I niekoniecznie poparty awansem, dlatego to jest trochę loteria. Jeżeli chcemy mieć siatkówkę we Wrocławiu w wydaniu męskim na naprawdę dobrym poziomie, trzeba rozważyć kupno takiego miejsca. Do tego 1-2 większych sponsorów, którzy nas wesprą i pomogą utrzymać oraz zbudować zespół w pierwszym sezonie pierwszoligowego grania. Grając dobrą siatkówkę, będąc partnerem medialnym dla wszystkich, sponsorzy też chętniej by do nas przychodzili. Przepaść pomiędzy II a I ligą jest na tyle duża, że nie jesteśmy w stanie jej przeskoczyć – przy takim budżecie – jaki mamy obecnie.

AZS UAM Poznań i WKS Sobieski Żagań. Te ekipy zagrają w turnieju półfinałowym o wejście wyżej z naszej grupy. Zaskoczenie?
L.M.: Żagań nie jest dużym zaskoczeniem. Sobieski bardzo dobrze zaczął sezon. Zwycięstwo goniło zwycięstwo, byli nawet liderem tabeli. Potem być może przez problemy zdrowotne oraz dobrą grę zespołów z Nowej Soli czy Głogowa, drużyna z Żagania zajęła trochę niższe miejsce tabeli (4 po rundzie zasadniczej). Sobieski jednak ciągle był jedną z najmocniejszych ekip w naszej grupie. W ostatecznym rozrachunku, jak widzieliśmy, wygrali z nami ten decydujący play-off. Poznań? To duże zaskoczenie. Choć ja postrzegam ten zespół w taki sposób, że to drużyna robiąca najmniej błędów własnych. To nie jest ekipa mająca jakichś bombardierów, którzy zdobywali po 25-30 punktów w meczu. Mając jednak stabilny, wyrównany skład, siatkarze z tego zespołu popełniali niewiele błędów. Do tego dosyć dobrze technicznie poukładana drużyna, w szczególności grający trener Damian Lisiecki. Poznań nie grał skomplikowanej siatkówki – jednak na pewno skuteczną. To było ich kluczem do sukcesu i serdecznie im tego sukcesu gratuluję.

Kibice Gwardii sezon 2016/17 mają oceniać bardziej przez miejsce 8 po rundzie zasadniczej czy 3-4 po fazie play-off? A może gdzieś pomiędzy jednym a drugim?
P.L.: Niejednokrotnie rozmawialiśmy na ten temat. Patrząc na przegrane końcówki setów, wychodziło na to, że jesteśmy drużyną, która powinna grać w czołowej czwórce. Takie było – przy budowaniu zespołu – patrząc na możliwości i skład, założenie. Wiedzieliśmy, że ludzie grający w podstawowym składzie stanowią 60% tej drużyny. Reszta to byli juniorzy, ludzie, którzy mieli się uczyć przy tych bardziej doświadczonych. W momencie utrzymania tego składu, nie trapiłyby nas kontuzje, była realna szansa na walkę o najlepszą czwórkę już po rundzie zasadniczej. Nasze ostateczne miejsce 3-4, konkretniej czwarte, ze względu na niższą pozycję od Głogowa w tabeli, jest tym, które powinniśmy zająć i zajęliśmy w naszej grupie.

Wielokrotnie w trakcie rozgrywek rozmawialiśmy także o kwestii lidera zespołu. Dzisiaj można już powiedzieć, kto takim faktycznie był?
L.M.: To jest tak…
P.L.: To może ja zabiorę głos, cicho mi tu (śmiech)…
L.M.: Trudno (śmiech).
P.L.: Liderem na samym początku miał być Stanisław Szymankiewicz. Kapitan zespołu, nominowany przeze mnie, wybrany przez kolegów z drużyny. Niestety, kontuzja wykluczyła go na 1,5 miesiąca z gry i treningów. W tym momencie pojawia się Łukasz Sternik, który przyjmuje na siebie obowiązki tego kapitana. Nie wiem czy „Steru” był wcześniej kapitanem, robił to jednak w sposób naturalny.

A67A9592

Podobno był w czasach częstochowskich, w Norwidzie.
P.L.: Ok, wszystko jasne. Tak czy owak „Steru” jako kapitan był strzałem w dziesiątkę.
L.M.: Dokładnie.
P.L.: Sternik ciągnął za sobą chłopaków. Oni uwierzyli w to co robi na boisku, w jego siłę mentalną i jego grę. Dodatkowo jest to siatkarz, który potrafi się zaprezentować jako aktor, pociągając za sobą publiczność. W momencie największego osłabienia Sternik był facetem, który poza grą pokazał coś dodatkowego – więc można był o nim mówić – jak o liderze drużyny. Później Staszek wrócił, role się zamieniły.
L.M.: Zgadzam się z tym. Łukasz dojrzewał w trakcie tego sezonu. W każdym meczu się rozkręcał. Na treningu się śmialiśmy, że przy jego prostych błędach – to jest „Steru z września”. A on pracował i z każdym kolejnym meczem się rozkręcał. Ta gra sprawiała mu przyjemność, widać było, że zdaje sobie sprawę z tego – podnosząc swój poziom sportowy, poprawiając umiejętności. Poprzez to ciągnął w górę cały zespół. Bez wątpienia był to też jeden z zawodników, który na przestrzeni sezonu zrobił największy postęp.

Trener Lebioda teraz nie słucha. Leszek, tak szczerze, jak się współpracuje z trenerem Lebiodą?
L.M.: Uuuu, ma być serio szczerze? (śmiech) Mogę powiedzieć, że bardzo się cieszę z możliwości współpracy z trenerem Lebiodą. Poprzedni sezon spędziłem w Oławie, jako trener zespołu w III lidze. Gdzieś tam poprzez mecz pomiędzy ekipami oławską a wrocławską zostałem zauważony. Od rozmowy do rozmowy, później współpraca przy kadrze wojewódzkiej, a skończyło się na wspólnej pracy w II lidze w Gwardii. Z trenerem Lebiodą to jest trochę jak z reprezentacją. To jeden z najlepszych szkoleniowców na Dolnym Śląsku, a może i w Polsce. Zatem jak trener zaprasza do współpracy, nie można odmawiać (śmiech). Nie miałem żadnych wątpliwości, kiedy pojawiła się taka szansa. To dla mnie duża możliwość do rozwoju zawodowego. Dalej jestem młodym trenerem, wciąż chcę się uczyć i rozwijać, a dzięki pracy tutaj mam taką możliwość. Cieszę się, że mogę współpracować z trenerem od którego wiele jeszcze mogę się nauczyć i który chętnie w tej nauce pomaga.

Łatwo jest pracować z takim młodym sztabem?
P.L.: To spore wyzwanie. Praca trenera przy dobrze poukładanej młodzieży czy pierwszym zespole to przyjemność, podobnie jest w tym wypadku, sztabu szkoleniowego. Jeżeli chcą słuchać, mając przy tym swoje zdanie, idziemy wspólnym torem działań, to jestem bardzo zadowolony. A tak to u nas wygląda i oby tak dalej.

A postęp młodzieży na boisku? Juniorów i nawet kadetów w seniorskim składzie nie brakowało.
P.L.: Jeżeli zespół juniorów, osłabiony odejściem dwóch siatkarzy do drużyny Cuprum Lubin, ostatecznie wygrywa na Dolnym Śląsku, później turniej 1/4 MP – ogrywając lubinian – to o czymś świadczy. W półfinale do awansu też dużo nie brakowało, gra toczyła się na 2-3 małe punkty. To świadczy o tym, że ci chłopcy nabrali doświadczenia boiskowego i okrzepli. Praca z zespołem w II lidze, wiadomo, na treningu u seniorów nie można już popełnić tylu błędów, co na juniorskim polu. Same plusy z tego wszystkiego.

A67A4669

Jak to jest być rządzonym przez kobietę?
P.L.: Tutaj prosiłbym, żeby wypowiedział się pan Leszek Mazur.
L.M.: (śmiech)
P.L.: Tak na poważnie, jeśli myślimy o współpracy z naszą panią prezes Sylwią Szymańską, mogę mówić w samych superlatywach. Przede wszystkim od samego początku jest dialog, rozmowa, wspólne wyciąganie wniosków. Pani prezes uczestniczy w naszych meczach. Nigdy nie spotkaliśmy się z negatywnym podejściem po porażkach. To nie stwarza atmosfery paniki czy strachu. Mamy świadomość – w którym momencie jesteśmy. Budujemy dalej razem normalne funkcjonowanie w klubie. Takich kobiet potrzeba nam więcej.
L.M.: Z panią Prezes wytworzyła się naprawdę dobra współpraca. Przede wszystkim cenimy to, że jeżeli mamy jakieś pomysły, sugestie, siadamy przy jednym stole i możemy to na spokojnie przedyskutować. „Gramy” wspólnie razem w jednej drużynie. Zawsze staramy się znaleźć rozwiązanie w różnych sprawach i pchamy ten „wózek” do przodu.

Pod koniec sezonu kilka razy słyszałem o tym, że trenerzy nie chcieli przeszkadzać drużynie. To ciekawe, w czym rzecz?
P.L.: Specyfika tego zespołu powodowała, że zastanawialiśmy się, co „podawać” naszym siatkarzom na treningach. Żeby danych obciążeń nie było za dużo. Wiedzieliśmy, że ta decydująca walka w lidze rozegra się tak, że ciężar będzie spoczywał na doświadczonych siatkarzach. Oni mieli pewne rozwiązania, sami dodatkowo się motywowali. Chcieliśmy im pomagać, a – właśnie – nie przeszkadzać w tym wszystkim. Być może gdyby nie kontuzje przed ostatnim wyjazdem do Żagania, dzisiaj rozmawialibyśmy o turnieju półfinałowym.
L.M.: My trenujemy codziennie, w takim mikrocyklu tygodniowym. Ten zespół dotarł się na przestrzeni sezonu. Oni też wypracowali pewne sposoby tego współdziałania, gry. My nie musieliśmy mocno ingerować, to po prostu wychodziło, przynosiło skutek.

Kwestii dialogu z zespołem?
L.M.: Dialog jest.
P.L.: Dokładnie. Po prostu niektóre pomysły wymyślone na boisku nie pasowały do ogólnego schematu. Typu przyspieszanie piłek w różnych sytuacjach. My tłumaczyliśmy, że to nie zawsze przynosi pożądany skutek. Później to przyniosło pozytywne momenty. I znowu nie udało się już podczas decydującej walki w Żaganiu. Stworzenie ścisłych zachowań, dopracowanie gry w końcówkach, to jest do przemyślenia.
L.M.:  To są tzw. zasady funkcjonowania w grze.
P.L.: Tak jest. Trzeba się jednak pochylić przed chłopakami, że chcieli przejąć inicjatywę i wziąć sprawę w swoje ręce w trudnych momentach. To istotne, warte podkreślenia.

Można już określić jakiś termin, kiedy będziemy wiedzieć, kto zostaje na kolejny sezon?
P.L.: W poprzedni wtorek mieliśmy spotkanie podsumowujące sezon. Rozdaliśmy ankietę do wypełnienia, kto chciałby dalej współpracować, na jakich zasadach, itd. Na drugi dzień przejrzeliśmy te ankiety. W okresie świątecznym nie podejmowaliśmy takich rozmów z wiadomych względów. Na pewno potrzebne są zmiany. Jednym z naszych działań są rozmowy z innymi szkoleniowcami, siatkarzami, itd. To naturalna kolej rzeczy, tak wyglądają okresy pomiędzy sezonami. Dokładamy do tego treningi otwarte, zaczynamy 6 maja pierwszym takim. A z chłopakami wracamy do rozmów o przyszłości zaraz po świątecznym czasie.

A67A3668

Sezon grup młodzieżowych, tak na koniec, bo ciągle trwa. Leszek – miałeś okazję być blisko, obserwować wyniki młodych trenerów Bartosza Pydy i Marcina Sobusiaka.
L.M.: Sezon można uznać we wszystkich kategoriach za duży sukces. Młodzik, kadet i junior zdobył złoto na Dolnym Śląsku. W rozgrywkach centralnych, tutaj trener Lebioda (koordynator grup młodzieżowych, trener młodzików i juniorów dop. autor) wspominał, juniorzy otarli się o turniej finałowy. Młodzicy są w półfinale, też będą walczyć o awans dalej. Kadetowi trochę się nie powiodło w 1/4, niestety Daniel Fijałka – jeden z liderów drużyny – przegrał z kontuzją, mógł zagrać tylko na pozycji Libero, a należy podkreślić, że Daniel był zawodnikiem, który zazwyczaj zdobywał w tej drużynie najwięcej punktów w meczu. Ale ostatecznie osiągnięty wynik, w regionie zdobyć złoto, to duże osiągnięcie. Dodam także że, ograliśmy w juniorze Częstochowę, w młodziku Jastrzębski Węgiel. Te wyniki to bardzo duże sukcesy, nie ma powodów do narzekań. Myślę jest to doskonała motywacja do dalszej pracy. Nie zapominajmy także, że w sporcie trzeba mieć trochę szczęścia, a w kwestii awansu do finałów często ono też odgrywa swoją rolę.

Perspektywa młodzików w półfinale?
P.L.: To jest zespół nieobliczalny. Oni potrafią wejść do finału, równie dobrze mogli zostać wyeliminowani w ćwierćfinale. Bo nie zaczęliśmy rewelacyjnie tego turnieju 1/4. Chłopcy się jednak spięli, pokazali, jak można grać z podniesionym czołem. Dlatego jak mówię, możemy mieć medal, a możemy skończyć w półfinale.

Leszku, ile lat jesteś starszy po tym sezonie?
L.M.: Kilka lat faktycznie przybyło. Tych thrillerów trochę za nami. Paradoksalnie, ja się tylko cieszę z tego powodu. Każdy takim mecz to nowe doświadczenie. Można na to spojrzeć i wyciągnąć wnioski na przyszłość.

To podobno już taki trend Gwardii, musi być nerwówka. Od młodzika do seniora.
P.L.: Taka tradycja, faktycznie. Ale proszę mi zadać pytanie, ile lat jestem starszy…

Ile?
P.L.: Ja myślę, że 5 kilo. A że cały czas ma się kontakt z młodymi siatkarzami w przypadku wszystkich drużyn Gwardii, tak tego – wiekowo – nie odczuwam. Jedynie po kilogramach.