Gwardia Wrocław

Oficjalny serwis internetowy

Wspomnienie – Adam Piechura

W grudniu minionego roku odszedł Adam Piechura. Był to ostatni z żyjących uczestników na pierwszych siatkarskich MŚ dla reprezentacji Polski. Dodatkowo to pierwszy złoty medalista MP w przypadku drużynowych dyscyplin – dla Wrocławia. W barwach siatkarskiego AZS był mistrzem w latach 1948 oraz 1950. Jako trener z powodzeniem prowadził siatkarski AZS i koszykarską Gwardię Wrocław. Dwukrotnie wybierano go najlepszym trenerem na Dolnym Śląsku w plebiscycie „Słowa Polskiego” (1954, 1956).

Otrzymaliśmy wspomnienia od byłego, zasłużonego siatkarza KS „Gwardia”, pana Bogdana Mielnikiewicza. Dziękujemy za zgodę na publikacje tekstu, który z pewnością jest szczególną pamiątką po Adamie Piechurze.

Adam Piechura, Gwardzista. Dla wielu osoba nieznana, dla innych coś tam mówiąca, bo ktoś o niej coś wiedział. Ja znałem Pana Adama z dwóch powodów:

– na jego osobę powoływali się moi trenerzy siatkówki,

– spotykałem go kiedy przychodził do II LO przy Rosenbergów (dziś Parkowa), żeby dowiedzieć się o postępach w nauce swojego syna, ancymona – Krzysia.

Postać niesamowita. Człowiek bardzo spokojny, zrównoważony, a przy tym tak konkretny w wyrażaniu swoich ocen, że aż było przyjemnie go słuchać. Autorytet siatkarski i sportowy jakich mało. A przy tym bardzo skromny, można powiedzieć, że wręcz skryty.

O Piechurze dowiedziałem się po raz pierwszy, kiedy brałem udział w treningach siatkarskiej kadry juniorów Dolnego Śląska. Początkowo na jego nazwisko powoływał się mój trener kadry Józef Wołyniec, ale później Pan Adam pojawiał się na obiektach Stadionu Olimpijskiego, gdzie „Józek” „zajeżdżał” nas na kortach. Nie mam wątpliwości, że Pan Adam był konsultantem i mentorem dla wielu trenerów wrocławskich. I wcale się nie dziwię. Zapewne jego uczniowie, których uczył później w szkole zapamiętali go jako człowieka z wielka klasą. Bo taki też był.

Mimo niewielkiego wzrostu (jak na dzisiejsze czasy) widać było po sylwetce, że był niesamowitym „kozakiem”. Wspaniałe przygotowanie lekkoatletyczne z pewnością pomagało mu w sportowej walce pod siatką. Z resztą dla powojennych czasów typowym było to, że sportowcy uprawiali szereg dyscyplin i brylowali w nich, a wąska specjalizacja sportowa była wtedy ewenementem. To było widać u wielu siatkarzy tamtego czasu. Świetnie biegali, doskonale sprawdzali się w lekkoatletycznych konkurencjach technicznych (skok w dal, skok wzwyż, trójskok) i byli doskonałymi gimnastykami. Kiedy obserwowałem ich umiejętności na macie gimnastycznej, kiedy byli już w wieku mocno średnim, to włosy dęba stawały. Ich przygotowanie ogólnorozwojowe budziło podziw. Nie to, co teraz.

Z uwagi na to, że ta „wena” nie opuściła mnie jeszcze, dorzucę kilka epizodów powiązanych z Panem Adamem i mistrzostwami świata z 1949 roku.

To, że był kadrowiczem i brał udział w pierwszych mistrzostwach świata w siatkówce w Pradze, to wiemy. Warto jednak dodać, iż wraz z Piechurą w mistrzostwach tych brali udział również inni Wrocławianie:

– Henryk Antczak – wieloletni kadrowicz, późniejszy pracownik naukowy AWF we Wrocławiu;

– Tadeusz Maliszewski – zawodnik AZS Wrocław, Gwardzista, siatkarz i trener;

– Witold Maliszewski – brat Tadeusza, również AZS-siak, Gwardzista, siatkarz, trener.

Można powiedzieć, że ówczesna kadra polskich siatkarzy wrocławianami stała. Przyznam, że dysponuję jedną z pamiątek po tych mistrzostwach świata – to orzełek z koszulki Henryka Antczaka z jego podpisem. Pan Henryk lubił spotykać się z młodzieżą siatkarską i wspaniale przybliżał tę dyscyplinę sportu jej adeptom.

Na tych samych mistrzostwach brali udział zawodnicy ówczesnego ZSRR. W składzie pojawiły się dwa nazwiska, o których chciałbym coś powiedzieć.

Pierwsza postać już mało znana współczesnym to Konstanty Rewa. Siatkarz radziecki, który swoje miejsce w kadrze zawdzięczał tym, że był – niskiego wzrostu. Nie, nie był libero, wyróżniał się znaczącą dysproporcją wzrostu ze swoimi kolegami w drużynie, ale także nieprawdopodobną skocznością. O jego „windzie” mówiło się, że była niepowtarzalna, wręcz legendarna. Nie wiem czy da się ja porównać do współczesnych siatkarzy, ale na tamte czasy była kosmiczna. Moi znajomi siatkarze z wcześniejszego pokolenia mówili mi, że „nad siatkę wychodził po pas”. Musiał być dobry, bo kolejne mistrzostwo świata ugrał w 1952 roku w Moskwie.

Druga postać to Władymir Sawin. Wybitny siatkarz, uczestnik mistrzostw świata 1949 roku, chyba jeszcze bardziej znany jako działacz siatkówki w ZSRR, ale także jako propagator dyscypliny, który doprowadził do ujęcia siatkówki w dyscyplinę olimpijską podczas igrzysk 1964 roku.

Nie znalazłem potwierdzających informacji źródłowych, ale wychodzi na to, że Władymir jest ojcem lub spokrewniony jest z Aleksandrem Sawinem, kolejnym siatkarskim herosem sbornej. Znanym choćby z rywalizacji z drużyną Wagnera podczas igrzysk olimpijskich 1976 roku. Z kolei synem Aleksandra jest Siergiej Sawin, kadrowicz, ostatnio reprezentant  Lokomotiwu Nowosybirsk, z którym w pucharach potykała się Skra Bełchatów.