AKTUALNOŚCI

Krótkie momenty zwątpienia

Równo 131 rozegranych setów, zamkniętych w 33 spotkaniach. Każde inne, mniej lub bardziej szczególne. Zanim to wszystko się zaczęło, nikt nie wiedział, co z tego będzie. Nowa jakość, inna rzeczywistość. Po blisko 10 latach powrót na zaplecze PlusLigi. Był to sezon pełen niespodzianek i dużej dawki emocji, nie tylko sportowych. Nie zawsze świeciło słońce, ale siatkarze potrafili znaleźć na takowe sposób, nawet w środku zimy.

Końcówka września. Pierwszy przystanek – Kielce. Mocny akcent na początek. Miejscowy KPS (później nazwany Buskowianką) do 1. Ligi powrócił po spadku z elity. Dla wrocławskiego beniaminka, debiut po latach, z takim rywalem, zapowiadał jedną, wielką, niewiadomą. Początek spotkania, niemrawy. Gospodarze narzucili swoje warunki gry, które dla siatkarzy trenera Piotra Lebiody, wydawały się być nie do przeskoczenia.

Po dwóch setach na tablicy wyników widniało 0:2. Ostatnia szansa na odwrócenie losów tego meczu. Kilka męskich słów i na boisku, wreszcie zobaczyliśmy drużynę. Ostatecznie, wygrana w tie-breaku 3:2, była świetnym prognostykiem, na cały rozpoczynający się właśnie sezon.

Ten mecz był otwarciem sezonu i sami byliśmy ciekawi, jak to nasze granie będzie się układać. Początki często bywają nerwowe i tak było w tym przypadku. Kielecki zespół grał bardzo dobrze w zagrywce i musieliśmy to wytrzymać. Naszą siłę i determinację pokazaliśmy od trzeciego seta, walcząc z wiarą, że nie wszystko jeszcze stracone. Dzięki temu weszliśmy w sezon najlepiej, jak to było możliwe – mówi Maciej Naliwajko, kapitan Gwardii Wrocław.

Maciej Naliwajko, kapitan drużyny z Wrocławia w sezonie 2018/19 (fot. A. Twardowska)

Kilka tygodni później. Kolejny ważny moment, czyli pierwsze zwycięstwo przed własną publicznością. Po czterech setach Gwardia pokonała Exact Systems Norwida Częstochowa, a hala przy Krupniczej, kolejny raz była głośna i pełna długich, siatkarskich wymian. Frekwencja dopisywała na przestrzeni niemal całego sezonu. Dla niektórych Gwardzistów tamto „częstochowskie” zwycięstwo, smakowało podwójnie.

To był duży ładunek emocjonalny. Każdy z nas chciał pokazać się z dobrej strony przed wrocławską publicznością. Widać to było w grze, dużo szarpanej siatkówki, co w efekcie dało porażkę ze Ślepskiem. Bardzo jej żałowaliśmy, bo przeciwnik był tego dnia z całą pewnością do ugryzienia. W drugim spotkaniu przełamaliśmy się i była to podwalina pod późniejsze zwycięstwa u siebie. Mimo porażki w pierwszym secie, dogoniliśmy przeciwnika w drugiej partii i wygraliśmy 3:1 z Norwidem. Dla mnie osobiście było to ważne zwycięstwo, ponieważ odniesione z byłym zespołem – mówi Kamil Maruszczyk, przyjmujący GWR.

Po serii udanych meczów przyszedł też słabszy moment, poczynając od wyjazdu do Krakowa. Porażka z AZS AGH Kraków 1:3, meczu, wydawało się, do wygrania. Wyszło inaczej i zaczęła się wynikowa czkawka. Za chwilę przegrana u siebie z MCKiS Jaworzno, także 1:3. Do tego trudny wyjazd do Nysy, znowu powtórka wyniku. Trzecia porażka z rzędu, ponownie tylko z jednym, wygranym setem na koncie.

Myślę, ze sportowo był to dla nas jeden z najtrudniejszych momentów w sezonie. W tamtym okresie mieliśmy największe problemy i wynikało to z kilku czynników. Te stracone punkty wtedy na pewno bardzo by nam się przydały w końcowej fazie rundy zasadniczej, bo moglibyśmy walczyć o miejsca w pierwszej czwórce i przede wszystkim, lepsze rozstawienie w fazie play-off – przyznaje Michał Superlak, atakujący GWR.

Po burzy wyszło słońce. Kolejne spotkanie otwierało rundę rewanżową fazy zasadniczej. Idealny moment, żeby zapomnieć i zacząć od początku. Tak też się stało. W meczu z kielecką Buskowianką, to siatkarze trenera Lebiody rozdawali karty, odwracając je na swoją korzyść. Pewne zwycięstwo bez straty seta. Kolejny na rozkładzie, daleki wyjazd na Suwalszczyznę. Drugi mecz przy obecności kamer Polsatu Sport i zarazem drugi, który pokazał, na co stać wrocławski zespół, przy maksymalnej koncentracji.

Pierwszy raz w telewizyjnej odsłonie w Bielsku-Białej zgarnęli pewne trzy punkty. Znów scenariusz się powtórzył, MKS Ślepsk w tym meczu pokazał siłę, ale po drugiej stronie, czekał mocniejszy zespół. Na Suwalszczyźnie dobra passa się jednak nie skończyła. Rok udało się skwitować zwycięstwem 3:2 w rywalizacji z BBTS Bielsko-Biała. Po pięciosetowej batalii to to gospodarze, zdołali postawić kropkę nad i, zaliczając trzecie z rzędu zwycięstwo.

To był szczególny mecz z kilku względów. Przede wszystkim pożegnaliśmy Krupniczą, która wcześniej wiele lat, była domem Gwardii. Po drugie, był to ważny mecz, ze względu na ułożenie tabeli. Ewentualna wygrana mocno zbliżałaby nas do fazy play-off. Ostatnim czynnikiem, który decydował, że ten mecz należał do grona tych specjalnych, to atmosfera w hali. Kibice bardzo dopisali. Czuliśmy ich wsparcie, a grupa z Częstochowy, także była spora. Momentami trzeba było nawet szukać miejsca na zagrywkę. To rzadko się zdarza – wspomina Jakub Nowosielski, rozgrywający GWR.

Mecz z TAURON AZS Częstochowa zamknął ligową siatkówkę w hali przy ulicy Krupniczej (fot. M. Daszczyk)

Zima. Styczeń. Decyzja o konieczności zmiany hali spadła niczym niezapowiedziany śnieg. Po ponad 70 latach Gwardia Wrocław miała opuścić swój dom, czyli halę przy Krupniczej. Dla każdego, kto był związany z klubem, to nie była łatwa sytuacja. Zwłaszcza dla tych zawodników, którzy przy Krupniczej spędzili większość swojego siatkarskiego życia.

Trzeba było szukać nowego obiektu do grania. Wybór padł na halę Uniwersytetu Medycznego przy Wojciecha z Brudzewa. Nietypowa, ze swoimi, charakterystycznymi „akcentami”, trochę, jak w przypadku Krupniczej. Zamiast filarów, nisko osadzone, metalowe przęsła pod sufitem. Które paradoksalnie, często bardziej przeszkadzały Gwardzistom, aniżeli przyjezdnym. Zmiana obiektu dla wielu okazała się jednak korzystna. Lepsza jakość sportowego widowiska sprawiła, że pojawili się nowi kibice, a starzy zostali.

Na początku, kiedy dowiedzieliśmy się o tym, że nie będziemy grać już przy Krupniczej, nikt nie mógł do końca w to uwierzyć. Przecież ten klub identyfikuje się z tą halą. Jak już jednak zagraliśmy pierwszy mecz poza naszymi murami, okazało się, że nie ma to dla nas większego znaczenia, gdzie gramy. Wszędzie potrafimy sobie poradzić, nawet z niewygodnym rywalem – dodaje Łukasz Sternik, rozgrywający GWR.

Krupnicza, „Medyk”… Na tym wędrówki Gwardzistów się nie skończyły. Kolejnym obiektem na mapie zmagań pierwszoligowców, była hala Orbita. Tam, po ponad 10 latach, GWR miała podjąć Stal Nysa. Akurat na zakończenie fazy zasadniczej. Udało się wszystko dopiąć, duża w tym zasługa Łukasza Tobysa, mającego swoje odważne pomysły, „menago” GWR.

Sportowo, pewne zwycięstwo i całkowita dominacja wrocławskiego zespołu. Drużyna trenera Krzysztofa Stelmacha mocno pogubiona, nie znalazła słabego punktu rywali. Znów przed kamerami Polsatu Sport, gospodarze byli nie do zatrzymania. Najwyraźniej obecność telewizji działała na nich wyjątkowo dobrze.

Na pewno to był jeden z naszych najlepszych meczów. Najbardziej chyba cieszy fakt, że mogliśmy zagrać we Wrocławiu, przed zdecydowanie większa liczbą kibiców. Trzeba też zaznaczyć, że mecz odbywał się w środku tygodnia, gdzie pewna część osób przez obowiązki nie mogła sobie pozwolić na przybycie do Orbity, a pomimo to przyszło na mecz prawie 1000 osób. To tylko pokazuje, że Wrocław potrzebuje na stałe hali z większa liczbą miejsc. Do tego doszedł fakt, że był to dla mnie idealny przeciwnik, ponieważ mogłem zagrać przeciwko drużynie, w której grałem przez ostatnie trzy lata. To, że udało mi się pokazać z bardzo dobrej strony i otrzymać nagrodę MVP, cieszy jeszcze bardziej – wspomina Łukasz Lubaczewski, przyjmujący GWR.

Zwycięstwo nad Stalą Nysa 3:0 w Orbicie – jeden z najpiękniejszych momentów sezonu 2018/19 (fot. A. Twardowska)

Sezon zakończyła faza play-off, którą cały zespół z pewnością najchętniej wyrzuciłby z głowy. Pierwsza runda, ponownie Stal Nysa. Trzy trudne spotkania, w których powtarzał się jeden scenariusz. Dobry początek i brak konsekwencji, żeby utrzymać dobry poziom do końca. Najbliżej zwycięstwa i sprawienia niespodzianki było w pierwszy meczu, kiedy GWR wygrywała 2:0. Chwila rozproszenia, utrata koncentracji i starcie zakończył przegrany tie-break.

Po pierwszej porażce nie zdołali już wrócić na zwycięskie tory. Do tego doszła kwestia zmiany na stanowisku trenera pierwszej drużyny. Piotr Lebioda musiał opuścić szeregi zespołu, a jego obowiązki przejął Leszek Mazur. Z Nysy ostatecznie nie udało się wywieść żadnego zwycięstwa, a kilka dni później, w stolicy Dolnego Śląska Stal, dopełniła dzieła i awansowała do najlepszej czwórki 1. Ligi.

Pierwszy mecz fazy play-off myślę, że miał ogromne znaczenie dla przebiegu całej tej rywalizacji. Niestety nie potrafiliśmy skończyć tego meczu w trzech setach . Przegraliśmy ten mecz i to trochę zachwiało nasze morale. Chociaż w drugim meczu wygraliśmy pierwszego seta i nie brakowało dużo, żeby także pokusić się o zwycięstwo. Musimy sobie jednak otwarcie powiedzieć, że byliśmy słabsi w tych meczach od Nysy i przegraliśmy tę rywalizację. Taki jest sport, ktoś wygrywa, a ktoś musi przegrać. Oczywiście bardzo nam szkoda, bo ambicja jeszcze długo nam nie pozwoliła zapomnieć o tych meczach, ale trzeba żyć dalej i z optymizmem patrzeć w przyszłość. Zmiana trenera przed drugim meczem play-off, na pewno nie była dla nas komfortową sytuacją. Chociaż na pewno nie było to także łatwe dla Leszka Mazura, który został rzucony na głęboką wodę, w takim momencie. Spadło to na nas trochę niespodziewanie i większość z nas była w szoku, ale próbowaliśmy to wyrzucić z głów przed meczem i kolejnym tygodniem treningów. Myślę że wszystkie te wydarzenia, zmiana trenera, zaprzepaszczona szansa w pierwszym meczu plus trochę problemów zdrowotnych, miało wpływ na efekt końcowy tej rywalizacji wrocławsko-nyskiej – zdradza Błażej Szymeczko, środkowy GWR.

Jedyne, co zostało, to walka o miejsca 5 – 8, które rozpoczął dwumecz z Exact Systems Norwid Częstochowa. Myślami, zespół były jeszcze w Nysie. Dwa długie i przemęczone mecze po pięć setów, dwie porażki. Sezon dla Gwardii zakończył się z Siedlcach, gdzie dwa przegrane spotkania z miejscowym KPS, przesądziły o 8. miejscu dla wrocławian. Trudna lekcja na koniec rozgrywek z pewnością przyda się, zwłaszcza młodym zawodnikom, którzy swoją przygodę z siatkówką dopiero zaczynają.

Jędrzej Kaźmierczak – jeden ze zwycięzców powrotu GWR na pierwszoligowe podwórko (fot. A. Twardowska)

W play-off nie ma słabych zespołów. Melduje się tutaj najlepsza ósemka ligi, gdzie w tym roku trafiliśmy na naprawdę trudne zespoły: Nysę, Częstochowę i Siedlce. Każdy zapracował na to, żeby się znaleźć w górnej części tabeli. Myślę, że nie tylko dla mnie, ale i całego zespołu, to był trudny czas. Każdy musiał znaleźć jednak te ostanie siły, motywację i zagrać dwa mecze, jednak nie poszły one po naszej myśli. Zabrakło koncentracji utrzymanej do końca w 100 procentach – podsumowuje Jędrzej Kaźmierczak, środkowy GWR.

Mnóstwo siatkarskich emocji, wiele problemów, z których ostatecznie, KS Gwardia – wychodzi obronną ręką. Do tego drużyna, właściwie, przede wszystkim ona. Gdyby nie powstała, tak bardzo zżyta, z pewnością nie byłoby czego wspominać. I planować, w perspektywie przyszłego sezonu.

podziel się wpisem

zobacz również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

najnowsze wpisy

All articles loaded
No more articles to load
Arek Olczyk kapitanem
Aktualności

Arkadiusz Olczyk kapitanem GWR!

Nowa odsłona Gwardii Wrocław
Aktualności

#NowaOdsłonaGwardii – Nowy rozdział w historii klubu!

Gwardia_fb_cierniak lewicki
#GWRteam

Stawiamy na swoich!

facebook

Zapisz się do newslettera!